Gwiazd naszych wina to kolejny obraz z gatunku wyciskaczy łez, na które ostatnio zachorowałam. Po Modlitwach za Bobby'ego i Niech będzie teraz uznałam, że film Josha Boone'a, będący adaptacją książki o tym samym, jakże pięknym tytule, będzie dobrym wyborem na niedzielne popołudnie. No i wybór okazał się być strzałem w dziesiątkę. faultinourstarsmovie.blogspot.com Wydaje mi się, że na domowe seanse powinnam zasiadać z opakowaniem chusteczek w dłoni, bo normą stało się to, że z rękawów moich bluzek po obejrzeniu filmu, można by wycisnąć hektolitry wody. Seans Gwiazd naszych wina nie był wyjątkiem. Obraz Boone'a, mimo że przewidywalny do granic możliwości, i tak wywołał u mnie syndrom mokrych rękawów. Gwiazd naszych wina to swego rodzaju Love story: Cancer edition . Historia nie jest oryginalna - filmów o takiej tematyce jest na pęczki, przewidywalne jest również jej zakończenie - jak to zresztą w tego typu dziełach bywa. Jednak mimo ...
Recenzje. Jakie tylko chcecie. Filmowe, książkowe, płytowe... Oczywiście z ogromną przewagą tych filmowych :)