Przejdź do głównej zawartości

Mitsudomoe Zouryouchuu! (2011)


Nieczęsto zdarza się, aby kontynuacja udanej serii powtórzyła sukces swojego poprzednika. Zazwyczaj każda kolejna część jakiejś historii systematycznie obniża poziom. Kilka dni temu miałam okazję pisać recenzję anime Mitsudomoe. Dzisiaj skrobię kilka słów o jego drugim sezonie Mitsudomoe Zouryouchuu!, które skończyłam oglądać dosłownie przed chwilą. Jaka ona zatem jest - lepsza czy słabsza?

Nie ma co rozwodzić się nad stylem rysunku, sposobem opowiadania historii czy też z kreacją głównych bohaterów, ponieważ wszystko to zostało już opisane w recenzji Mitsudomoe. Mitsudomoe Zouryouchuu! konsekwentnie powiela sprawdzony schemat pierwsze serii. W drugim sezonie opowieści o trojaczkach spotykamy się zatem z luźno powiązanymi ze sobą historyjkami, w które wpleciono ogromne dawki humoru.

Wydaje mi się, że jedyna zmiana, z jaką możemy się tu spotkać to wyraźny pomysł na prowadzenie postaci Mitsuby Marui, którego zabrakło w Mitsudomoe - a tak bynajmniej mi się wydaje, że nieco zmieniono koncepcję tej bohaterki i, zamiast na rozwijaniu Mitsuby-sadystki, skupiono się na jej ulubionym zajęciu, jakim jest jedzenie. Uważam to za bardzo dobrą zmianę, bo jej postać bardzo zyskała poprzez uwypuklenie tej cechy. Sadystka Mitsuba nie była typem bohatera, do którego pałałoby się sympatią.

Cóż mogę tutaj wobec tego powiedzieć, żeby zachęcić do obejrzenia anime? Hmm... A więc tak - jeśli Mitsudomoe nie podobało się Wam, nawet nie zasiadajcie do tej pozycji. Z kolei osoby, którym poprzednia seria przypadła do gustu spokojnie mogą zabrać się za oglądanie Mitsudomoe Zouryouchuu! - na pewno się Wam spodoba. Ja pochłonęłam je w ciągu jednego dnia :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Hidden [2015]

Hidden  to tytuł, po który sięgnęłam tylko i wyłącznie z powodu jego długości. Akurat miałam tylko tyle wolnego czasu, więc krótki thriller duetu Matt & Ross Duffer był idealnym rozwiązaniem. A, jak już się kilka razy o tym przekonałam, filmy wybrane zupełnie przez przypadek, często sprawiają nam tak miłą niespodziankę, że aż szkoda myśleć, ile osób przejdzie obok danych pozycji obojętnie, bo nie były tak rozreklamowane jak inne hiciory danego roku, albo bo posiadają taką, a nie inną ocenę na portalach filmowych. Nakręcony w nieco ponad miesiąc  Hidden , jest właśnie taką ogromną niespodzianką. http://pics.filmaffinity.com/ Fabuła. Będzie krótko, zwięźle i bardzo na temat, bo nie można tu powiedzieć zbyt dużo, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wielu szczegółów. W Hidden  śledzimy losy pewnej rodziny, która, aby przetrwać panującą epidemię nieznanej choroby, ukrywa się w schronie. Aby jednak nie było tak łatwo, dowiadujemy się, że rodzina jest ścigana przez ...

Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia (2001), Dwie Wieże (2002) i Powrót Króla (2003)

Mówiłam już, że uwielbiam empikowe promocje? Nie? To powiem jeszcze raz - uwielbiam empikowe promocje. Dlaczego? Ano dlatego, że w ramach ostatniej akcji (fantasy - kup 3 zapłać za 2) udało mi się dostać wszystkie rozszerzone wersje Władcy Pierścieni  za śmieszną sumę bodajże 70 zł. Ostatnie wieczory minęły mi zatem pod znakiem hobbitów, elfów i innych tolkienowych stworzeń. Długo zastanawiałam się czy jest sens pisać o trylogii stworzonej przez Petera Jacksona. Wszyscy, a na pewno zdecydowana większość, przecież wiedzą z czym się Władcę Pierścieni  je. Po co do tego jeszcze moje 3 grosze? Ostatecznie stanęło na tym, że kilka słów napiszę. A głównie dlatego, że jest, a raczej są to filmy, które darzę olbrzymim sentymentem. http://horrorcultfilms.co.uk/ Kiedy Jackson tworzył Władcę Pierścieni  ja uczyłam się akurat w gimnazjum. Byłam zatem na etapie obecnie powszechnie uważanym za najgorszy wiek w życiu człowieka. Cóż, taki już urok gimnazjum, że wtedy każdy nastol...

Igrzyska śmierci [2012], W pierścieniu ognia [2013], Kosogłos cz. 1 i 2 [2014-2015]

Na pierwszych Igrzyskach  byłam w kinie. I na serio rozważałam czy przypadkiem nie wyjść w trakcie seansu. Nic mi się wtedy w nich nie podobało. A już najbardziej ta udziwniona charakteryzacja. Kiedy zatem pojawiały się kolejne odsłony, ja omijałam je szerokim łukiem. I dziwiłam się pełnym zachwytów recenzjom na temat tej serii. Przysięgłam sobie, że nigdy do tego filmu nie wrócę. No i oczywiście teraz wypadałoby rzucić tak bardzo znane powiedzonko "obiecanki-cacanki". Gdzieś w trakcie robienia kotletów mielonych na obiad, w radiu usłyszałam pewien utwór, który bardzo mnie zaintrygował. Wpadł mi do głowy do tego stopnia, że zaczęłam szukać, cóż to jest. No i znalazłam. "The Hanging Tree" Jamesa Newtona Howarda. Stamtąd już było blisko do Igrzysk śmierci , więc, po nitce do kłębka... Złamałam swoje postanowienie. Obejrzałam Igrzyska śmierci . A potem wchłonęłam jak gąbka pozostałe ich odsłony.